Namalowałem pewnego dnia
Twój obraz cały z pięknych słów
A na nim także byłem ja
I uśmiech zaklęty twój.
Użyłem wielu przedziwnych barw
Dodałem trochę słońca do farb
Zmieszałem radość smutek żal
Namalowałem go sam.
Szkoda go było w ręce wziąć
W ramki oprawić i szkło ciąć.
Zwyczajnie go na ścianę dać
By upiększyć swój świat.
Chciałem przy sobie nosić go
Odpędzał by ode mnie zło.
Chciałem w portfelu nosić lecz
Za duża była to rzecz.
Świecił obrazek blaskiem swym
Lecz nagle rozwiał się jak dym
Rozprysł się jak mydlana baśń
Rozlał się kałużą barw.
I nie umiałem podnieść go
Aby wymazać jakieś zło.
Została plama której dziś
Nie wymaże już nikt.
Szkoda go było w ręce wziąć
W ramki oprawić i szkło ciąć.
Zwyczajnie go na ścianę dać
By upiększyć swój świat.
Chciałem przy sobie nosić go
Odpędzał by ode mnie zło.
Chciałem w portfelu nosić lecz
Za duża była to rzecz.
Szkoda go było w ręce wziąć
W ramki oprawić i szkło ciąć.
Zwyczajnie go na ścianę dać
By upiększyć swój świat.
Chciałem przy sobie nosić go
Odpędzał by ode mnie zło.
Chciałem w portfelu nosić lecz
Za duża była to rzecz.
